LOGO
foto foto Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kupców i Drobnej Wytwórczości
ul. Bakalarska 11, 02-212 Warszawa
do korespondencji ul.Sękocińska 13 lok.4, 02-313 Warszawa
tel.: (22) 846 07 34, (22) 846 51 79 fax: (22) 868 05 41, e-mail: adres
foto foto
Działalność
wsk nasze cele
wsk aktualności
wsk naszym zdaniem
wsk fotogaleria
Stowarzyszenie
wsk władze
wsk statut, regulaminy
wsk kontakt
wsk jak wstąpić?
wsk nr konta
Warto zajrzeć
wsk media o kupcach
wsk ważne linki
MEDIA O KUPCACH
Te państwo do dupa jest 2007-05-26

Jak można tak likwidować? Tylko tu, na stadion, jest dla Nigeryjczyk praca

Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska
Gazeta Wyborcza, Duży Format, 26. maja 2007 r.

Mam na imię Irina. Do pracy wstaję o północy - 22-letnia czarnowłosa Ukrainka niepotrzebnie przeprasza, że jak mówi po polsku, to czasem niegramatycznie. O 2 w nocy uliczki na terenie Stadionu Dziesięciolecia-Jarmarku Europa zastawione są samochodami z rejestracjami z całej Polski. Ciemno. Irina popycha niebieski, trochę obdarty wózek, z którego serwuje kawę za 2 zł, herbatę za 1,50 zł, cappuccino za 2 zł.

Pada, co chwila leje naprawdę mocno, ale przecież sprzedający i kupujący muszą wypić coś ciepłego. - Pracuję już z półtora roku. Wcześniej sprzedawałam czyjś towar, byłam na dniówce, próbowałam w barach pracować. Wolę to, bo nie mam żadnego dachu nad głową - nikt mi nie każe, co mam robić. Chcę chodzić do pracy, to chodzę. Nie chcę - nie wychodzę. Potrzebuję pieniądze, pracuję od rana do wieczora bez odpoczynku, zarabiam. Lenię się, no, niestety. Wstaję o północy, żeby wszystko na czas wyszykować. Pół godziny w domu, pół godziny dojazd - autobusem albo na pieszo, bo mieszkam niedaleko - i potem godzina szykowania wózka, grzanie wody. Wyjeżdżam na trasę o 2-2.30. Nie boję się chodzić w nocy po stadionie. Większość osób znam, przynajmniej z widzenia. Cześć - Irina rzuca do drugiej dziewczyny z wózkiem. - Większość zna mnie.

Oficer sprzedaje majtki

- Zaczynam od wietnamskich alejek - oprowadza Irina. - Jeszcze bramy stadionu są zamknięte, a u Wietnamczyków już jest otwarte. Jasne, że są ludzie niewyspani. Ja przez półtora roku się przyzwyczaiłam. Czuję się lepiej o tej 2 rano jak o 2 w dzień. O 2 w dzień już jestem śpiąca.

- Halo! - woła pomarszczony Wietnamczyk w czapce z daszkiem i wystającej spod polaru koszulce moro. - Lipton.

- Jaka? - dopytuje Irina.

- Z mlekiem.

Irina przystaje. Od blaszanego boksu 55-letniego Wietnamczyka Pham Minh Dao właśnie odeszło małżeństwo ze Szczecina z dwiema kraciastymi torbami męskich bokserek, slipów, damskich fig, dziecięcych majtek i T-shirtów w każdym rozmiarze. Pierwsi klienci zjawiają się tuż po drugiej, żeby nad morze czy w góry dojechać na otwarcie sklepów. W wejściu, jak u sąsiadów, dyndają na kablach dwie lampy.

Irina zagaja: - Oglądałam w telewizji ogłoszenie decyzji, że Euro 2012 będzie w Polsce i Ukrainie. O 11 już byłam w domu i akurat sobie za obiadkiem oglądałam. Sałatka z pomidorów z oliwkami była, pamiętam. Cieszyłam się. Każdy czekał na to. A później się zmartwiłam, że stadion zamykają. Ja to jeszcze młoda jestem, coś to znajdę. Ale taki starszy pan.

Dao: - Akurat pojechałem samochodem po towary. W radiu usłyszałem. Jak przyjechałem, wszyscy o tym mówili - od stoiska do stoiska. Większość Wietnamczyków to słabo zna polskiego języka, więc powoli się orientują, co się dzieje. A tu już wszyscy wiedzieli. Wieczorem usłyszałem w programie telewizyjnym, że do końca czerwca bazar istnieje. A my mamy dużo towaru i dużo ludzi, i nie tylko Wietnamczycy, i Polacy też zamówili dużo.

Dao znaczy droga (jak chińskie tao). Kiedy Wietnamczyk się przedstawia, pierwsze słowo to nazwisko, potem jest imię. Dao podkreśla, że jest w lepszej sytuacji niż większość Wietnamczyków na stadionie. Ma pozwolenie na pobyt stały.

Mówi po polsku. - Robiłem doktorat z elektroniki na Wojskowej Akademii Technicznej od 1987 do 1992 roku. W Wietnamie byłem oficerem łączności. Służyłem w sztabie głównym na wojnie z Czerwonymi Khmerami. Prawie skończyłem tu pracę naukową, to żona przyjechała. Studiowała w Rumunii jako inżynier budowlany. Nie pracowałem tu w zawodzie. Wtedy wszyscy korzystali z kapitalizmu - Dao uśmiecha się i pomaga klientce z Gdańska dobrać slipy: czy bawełniane, czy z lycrą, lepiej białe czy z wzorem pająka. Wśród Wietnamczyków na stadionie jako fryzjer pracuje nauczyciel plastyki i malarz, są też lekarze, pielęgniarki, inteligenci, inżynierowie, poeci.

Dao wraca: - Eksportowałem do Wietnamu telewizory, importowałem ciuchy. Ale to przestało się opłacać. Dzieci tu się uczyły. Córka w zeszłym roku skończyła medycynę w Warszawie. Syn studiuje w Akademii Sztuk Pięknych o kierunku projektant ubrania. Czasem pomagali na stoisku, ale syn to artysta, jak przyjdzie, to tylko siedzi, nie zapyta, czy nie pomóc, czy coś podać, nie zapamięta cen - Dao mówi to z uśmiechem i widać, że z dzieci jest dumny.

Karton w wejściu przesuwa pan Minh, z wąsem, w czarnym golfie, i po wstępie, że cieszy się z Euro, mówi: - Mamy żal do władz, że tak przedłużali cały czas umowy. W ten sposób my, handlowcy tutaj, Wietnamczycy i Polacy, i inne nacje, cały czas myśleliśmy, że będą przedłużali. Bo od 2000 roku mówili, że zamkną, i przedłużali. Władza nie była konsekwentna do tej pory.

Minh, magister ekonomii, w Polsce od 1979 roku, ma dwa stoiska na stadionie. Sam nie sprzedaje, ma pracowników. Wcześniej miał restauracje, ale padły. Po polsku mówi lepiej niż Dao, bo brał lekcje. Przełyka ślinę i pospiesznie dodaje: - Oczywiście uszanujemy ostateczną decyzję pana ministra, pana prezydenta i pani prezydent. My, Wietnamczycy, nie chcemy drażnić władz. Trudniej Polaków wyrzucić niż obcokrajowców. Obcych w pani domu to pani wyrzuci, ale swojej rodziny nie mogłaby pani, prawda? My wiemy, że nasze pobyty uzależnione są od decyzji władz.

Nielegalnego ekonomistę rabuje policja

Irina pcha wózek w kierunku Dworca PKS Wiosenną Drogą Kolejową - Wietnamczycy po swojemu ponazywali alejki na północ od stadionu. Bo sam stadion z dolną i górną koroną to tylko jedna trzecia obszaru zajmowanego przez Jarmark Europa. Pan Dao ma swój pawilon na Drodze Szerokiej albo Poprzecznej - różnie na nią mówią. Na lewo, idąc w kierunku Wisły, prowadzi Wzgórze Damisowe - tam mieści się biuro Damisu, spółki wynajmującej teren na Jarmark Europa od Ministerstwa Sportu. Jest też Trójkąt Bermudzki, Cieśnina, Ogon Samolotu (bo na początku lat 90. stał tam samolot), Giełda Psów, Giełda Kóz i Małe Hanoi - alejka z knajpkami.

Na Wiosennej Drodze Kolejowej sprzedawcy otwierają po godz. 3. - Wietnamczyków przywożą taksówkarze. Oni też kawę piją - informuje Irina.

Z taksówki wysiada Nguyen Van (Nguyen to polski Kowalski). - Mieszkam niedaleko, ale zawsze biorę taksówkę. Codziennie płacę 10 zł. Jak się mieszka blisko, jest mniejsza szansa, że policja zatrzyma.

Taksówkarze nieraz widzieli takie sceny. Nguyen Van idzie do swojego blaszanego boksu: - Było tak: wysiadłem z taksówki, a tuż za nią jechał cywilny samochód. Wysiedli policjanci w mundurze, zabrali mnie do tego samochodu pod pretekstem sprawdzenia dokumentów. I zabrali mnie ze dwa kilometry od stadionu, w takie miejsce odludne. Przeszukali i zabrali wszystkie pieniądze, jakie miałem. Akurat to był dzień, kiedy miałem pieniądze na połowę czynszu za stoisko - 1000 zł. Lepiej mieć przy sobie pieniążki, bo jak nie masz, to zabiorą cię do aresztu. Te 200, 100 zł jest po to, żeby szły za człowieka. Tak się mówi.

Irina: - Jak nie odda całej kasy, to go zabiorą i deportują. Tak nieładnie się zachowuje policja do tych Wietnamców.

Nguyen Van rozkłada na 2,5-metrowej ladzie dżinsy. Po polsku przez osiem lat nauczył się mówić na tyle, żeby się dogadać przy sprzedaży. Bo jak tu rozwijać słownictwo na straganie? Opowiada po wietnamsku: - W Wietnamie od razu mnie złapią - Van urywa i dopytuje, czy aby nie za bardzo odbiegamy od tematu. Bo nigdy nie wiadomo, kto słucha.

Ton Van Anh z Instytutu Paderewskiego, dziennikarka Radia Wolna Azja, szacuje, że na stadionie pracuje kilkanaście tysięcy Wietnamczyków. Nieco ponad tysiąc ma zarejestrowane firmy. - Kilkaset do tysiąca osób to wietnamscy ubecy. To ich Polacy często mylą z mafią - jeżdżą bmw, chodzą w garniturach, zachowują się w sposób władczy i arogancki. Jak ktoś podskakuje przeciwko Socjalistycznej Republice Wietnamu Niepodległej Wolnej i Szczęśliwej, dostaje gorszy towar. Parę takich osób dziwnym zbiegiem okoliczności zostało zatrzymanych i deportowanych. A tam czeka na nich obóz pracy.

Nguyen Van kontynuuje dopiero, kiedy jest pewny, że nie będzie przedstawiony z imienia i nazwiska i kiedy jest na bezpiecznym gruncie, poza stadionem. - Byłem już raz aresztowany. Po studiach ekonomicznych nie miałem pracy. W Wietnamie trudno o pracę. Każdy dorabia, jak może: uprawa kiełków, szycie ubrań. Pomagałem ludziom, którym członkowie partii zabrali domy. Oskarżałem konkretnych dygnitarzy. Kazali podpisać, że nigdy nie będę się niczego w sądach domagać. Rzeczywiście się przestraszyłem. Byłem sam, nie było za mną żadnej organizacji. Znajomy, który widział, w jakim jestem stanie, powiedział, że jest taka zielona granica, przez którą się można dostać do Polski. Miesiąc jechałem. Chiny, Rosja, Białoruś. Czasem się wsadziło parędziesiąt osób do tira, leżeliśmy jak martwe świnie, bez powietrza. Czasem wsadzili do mieszkania, gdzie paręset osób zajmowało całą podłogę. Jak wstałeś, to już nie było gdzie siadać.

Gdzieś po drodze zapodział się jego paszport. Ale znajomy wytłumaczył, że dokumenty nie są konieczne. Nie objęła go abolicja z 2003 roku, kiedy cudzoziemcy przebywający w Polsce nielegalnie pod pewnymi warunkami mogli zalegalizować pobyt. Szansę na dokumenty mieli tylko ci, którzy przyjechali przed 1997 rokiem, czyli przed boomem nielegalnych Wietnamczyków.

Tym nielegalnym pomagają rodacy. - Na początku w ogóle nie zdołałem wpłacić czynszu. Nie zarobiło się tyle, ile się wydawało. Musiałem zaciągnąć dług. Po pół roku udało mi się wyrównać wydatki z zarobkiem. Prawie że nie zarabiam. Oszczędza się na jedzeniu. A dług jest nadal. Tylko dokument daje wolność.

Ton Van Anh wyjaśnia, że to wolność od ludzi z ambasady Wietnamu, którzy trzymają wszystkie hurtownie.

Sprzedawca dżinsów wylicza, ile wydaje w miesiącu: - Na sam kiosk to 100-200 zł dziennie. Normalnie miejsca na stadionie kosztują od 300 do 1,5 tys. zł miesięcznie, ale ja nie mam papierów, więc wynajmuję od Polaka, który wynajmuje od Damisu. Za mieszkanie w bloku płacę 1,5 tys. I przecież muszę jeść na stadionie, bo siedzę po 12 godzin - 400 zł miesięcznie. Od Ukraińców kupuję kawę, herbatę. Od Wietnamczyków - ryż, zupę. U Polaków też jem - kiełbasę czy hot dogi. Dbam o zdrowie. W zimie wystarczy nie zjeść raz, to się popada w chorobę, a jak się trafi do szpitala, to się popada w bankructwo.

Irina chce na informatykę

Irina kiwa głową. Wie, że dla Vana nie będzie miejsca na nowym bazarze. Jest nielegalny. Dla niej pewnie też nie, ale jeszcze ma nadzieję. - Bym chciała, żeby to jeszcze trochę potrwało, bo to są jakieś pieniądze.

Jeśli nie da rady, ma inny plan: - Niedługo będę zdawała egzaminy wstępne na informatykę. W Kijowie przez rok studiowałam historię sztuki i malarstwo. Ale to mogę robić w wolnym czasie: czytać, oglądać, chodzić po muzeum. Próbuję na Politechnikę i próbuję na Uniwersytecie Warszawskim. Tylko że na uniwersytecie dużo chcą za tę naukę. Bo dla mnie nawet te dzienne będą płatne. Myślę, że jak się postaram, to zdam egzaminy nawet w tym roku.

Polityk rozwija się w AGD

Irina popycha wózek z kawą wyżej, w kierunku korony stadionu. Idzie alejką P7. Omija alejkę P8, bo tam, tuż przy niższej koronie, Lankijczycy mają swój kiosk z napojami. Nie ma po co się tam pchać.

Kiedyś była to alejka Azji Południowo-Zachodniej: sami Hindusi, Pakistańczycy, Lankijczycy, przybysze z Bangladeszu. Teraz handlują tu i Ormianie, i Afrykanie, i Polacy. Od dziesięciu lat - 50-letni Tamil Thirunavukarasu Ramanathan albo po prostu Master, jak wołają na niego pracownicy, bo ma wykształcenie wyższe (po angielsku: Master of Arts) z politologii.

Przez te dziesięć lat posiwiał, trochę przytył, lepiej mówi po polsku, ale szybciej po angielsku. - W Sri Lance byłem nauczycielem, ale też politykiem partii, która nie zgadzała się z Tamilskimi Tygrysami. Dowiedziałem się, że chcą mnie zabić, i musiałem uciekać: najpierw stolica Kolombo, potem indyjski Madras. Potem: Ukraina, Rosja, Białoruś. Ale tam milicja spokoju nie dawała. Wujek z Kanady załatwił kogoś, kto mnie tu przysłał. Na początku marca 1997 roku poprosiłem o azyl. Czekałem tylko osiem miesięcy.

Inni Lankijczycy, którzy wtedy przybywali do Polski setkami, czekali po dwa-trzy lata. Większość się nie doczekała i wyjechała dalej na Zachód. Master został, choć rodzina pukała się w głowę. - Z Kanady, Australii, Nowej Zelandii, Europy pytali, dlaczego chcę tu zostać. Powiedziałem, że mam doświadczenie w interesach, wiele kontaktów, mogę ułożyć sobie życie. Jestem stary. Nie mam wykształcenia technicznego, nie jestem inżynierem. W Niemczech, Anglii poszedłbym do sprzątania pokojów, do zmywania. Że tam jest pomoc od państwa? Pomoc nie jest dobra. Jeśli się pomaga, druga osoba jest poniżana. Dostajesz pomoc, weź się za interesy! Robisz-jesz, robisz-jesz - tak się staje na nogi! A nie: idzie do ośrodka, dostaje dobre łóżko, dobre jedzenie. To nie jest życie - przerywa, bo pracownica pyta, po ile ma sprzedać czajnik bezprzewodowy. Bo Master głównie sprzedaje sprzęt AGD, ale też np. rakietki do tenisa, rolki czy piłki. Tu nie pada, bo nad całą alejką jest rozciągnięty dach z pleksi.

- Jak dostałem status, Polska Akcja Humanitarna pożyczyła mi 500 zł, Hindusi, których poznałem, powiedzieli, jak założyć firmę, i poszedłem na stadion. A tam zobaczyłem, że nikt nie miał wizy, nie miał firmy i pracowali! Byłem pomylony! Po co siedziałem tyle miesięcy w domu? Zacząłem płacić za jedno stoisko na koronie. Towar kupiłem od Wietnamczyków na dole - majtki, skarpety. Zakładałem, że jak każdego dnia zarobię 50 zł, to wystarczy. A pierwszego dnia zarobiłem 200 zł. Pomyślałem: jest OK. Po trzech tygodniach kupiłem jedno miejsce - metr na dwa na koronie. Potem kolejne i kolejne, trzy, cztery, pięć. Sprzedałem i kupiłem buda na dole. Potem druga buda. Pracowałem po 15-16 godzin dziennie. Popatrz - Master wyciąga komórkę - od dziesięciu lat jest ustawiona na pierwszą w nocy. Normalni ludzie kładą się wtedy spać.

Master zaczął w złotym okresie stadionu, kiedy obroty sięgały niemal 2 mld zł, a prezes Damisu, spółki zarządzającej stadionem, Bogdan Tomaszewski znalazł się w pierwszej pięćdziesiątce na liście stu najbogatszych Polaków listy "Wprost". Wtedy też dochodziło do gangsterskich porachunków wśród Ormian, Ukraińców, Białorusinów. Za mało było dla wszystkich miejsca.

W 2000 roku Master miał trzy cele: kupić komputer, otworzyć konto w banku, zrobić prawo jazdy. - Naprawdę tak mówiłem? - śmieje się. - Prawo jazdy zrobiłem w następnym roku, konto mam, komputer też. W 2002 roku wynająłem lokal w wietnamskim centrum handlowym w Wólce Kosowskiej. Teraz ludzi nie stać na kupienie tam miejsca, bo jak stadion mają zlikwidować, strasznie ceny podnieśli. Ja po roku kupiłem tam jedno miejsce. Bo ciągle mówili: w tym roku zamkniemy stadion, w tym roku zamkniemy. Dwa pierwsze lata dokładałem do Wólki.

Wtedy też do Polski sprowadził dorosłe dzieci: dwóch synów, których zatrudnił, i córkę, którą wydał za kolegę - też uchodźcę ze Sri Lanki. Niespełna dwa miesiące temu przyjechała żona z kolejnym, 17-letnim synem. Czekają jeszcze na 16-latka i rodzina będzie w komplecie. - W ubiegłym roku dostałem stały pobyt - w 90 procentach jestem Polakiem. Mogę się starać o obywatelstwo. Sklep w Wólce sprzedaje teraz lepiej niż stadion. Powinno wystarczyć na utrzymanie rodziny. Może rozwinę też biznes w internecie, będę przesyłał towar kurierem. Niektórzy siadają i płaczą: straciliśmy stadion. Nie. Jedne drzwi się zamykają, inne się otwierają.

Irina liczy hurtowo

- Jadę na Polaki - uprzedziła wcześniej Irina i teraz szukam jej na dolnej koronie. - Ja przepraszam, ale tak się u nas mówi: handlują Wietnamczycy, handlują Bułgarzy, Gruzini, Armeńczycy. A tam, gdzie ja jeżdżę - Polacy. Od godz. 4 nie wjeżdżam na trasy innych wózków. Są takie alejki, gdzie awantury nawet mogą sobie robić. Nawet wózek drugiemu przewrócić. To jest walka za klienta, za swój teren.

W ciągu dnia to stoję. Dzień dobry, panie Janku - wita się z wąsatym jowialnym jegomościem. Na "swoim" terenie Irina nie bierze pieniędzy za każdą kawę czy herbatę. Zlicza hurtowo pod koniec dnia, czyli koło godz. 10 rano. - To jest kwestia wprawy. Na początku zapisywało się wszystko, teraz mam wszystko w głowie. Często ludzie nie mają czasu, żeby sięgnąć po pieniądz, a piją np. pięć herbat. W dobrym dniu robię 300-400 kubków. W dobrym miesiącu - grudniu, lutym - odłożę nawet trzy tysiące. Ale latem wyciągam to, co odłożyłam.

Piłkarz może tylko na stadion

Pytam Irinę, czy będzie jechać na koronę stadionu. Kręci przecząco głową. - Jadę do domu. Na górze to jest wszystko pomieszane: i Armeńczycy, i Gruzini, i Ruscy, i Białorusini, i Murzyni, i Hindusi.

Jest przed godz. 11. Irina zabiera się do obiadu. Po koronie jeździ inna dziewczyna. Też już zbiera "długi" z dnia. Korona zaczyna najpóźniej. Najwcześniej o 5, ale raczej o 7, nawet 8. Podchodzę do Nigeryjczyków. Za ich plecami w dół schodzą rozpadające się ławki - wspomnienia po stadionie sportowym.

- Te państwo do dupa jest. Jak można tak likwidować? Tyle tu ludzi pracuje. Jak można na bruk? Ja inżynier jestem, w Nigerii szkołę techniczną robiłem. Szukałem pracy w fabryka, angielski uczyć. Dla Polak nie ma praca, a dla Nigeryjczyk ma być praca? Tylko tu, na stadion, jest dla Nigeryjczyk praca - Samuel przerywa na chwilę: - Proszę, kolega? - uprzejmie zwraca się do krótko ostrzyżonego chłopaka w dresie.

- Po ile te spodenki?

- Po 35, ale dla ciebie 30 - i ciągnie dalej: - Ja mam dzieci, jedno malutkie, 2 miesiące, drugie do przedszkola chodzi - a mądry jest! Naprawdę! Ja nie wiem, gdzie ja pracować pójdę. Kraść mam?

Po schodach wspina się wycieczka niemieckich emerytów. Samuel się ożywia: - Guten Tag. Ich spreche Deutsch - dwie starsze panie, które zapuszczały żurawia w jego spodenki i adidasy, uciekają spłoszone. - Ich ich - nie może sobie przypomnieć. - Ich spiele Fussball in Berlin - i znowu mówi do mnie: - W piłkę nożną grałem w Berlinie. I tu też. Ale miałem kontuzja i tak się skończyło - urywa i zdenerwowany gdzieś odchodzi.

Odlatujące z podmuchem wiatru firmowe czy podrabiane spodenki łapie 25-letni Philip z warkoczykami zaplecionymi ciasno przy głowie. To przeciwieństwo kolegi. Całkowity spokój. Mówi po angielsku: - Niektórzy się martwią, co będą robić, gdzie się podzieją, jak zamkną stadion. Ja nie wiem. Ale wiem, że Bóg ma dla mnie plan. Dla ciebie też ma plan. Dla Samuela też ma plan - mówi głosem kaznodziei i cytuje Apokalipsę: "Jam Alfa i Omega, Początek i Koniec". Ja nie wiem, co się wydarzy za 20 minut, ale Wszechmogący wie. Jeszcze Go nie pytałem, co mam zrobić. Muszę zapytać.

W sprawach przyziemnych się streszcza: - W Abudży miałem własny interes - sprzedawałem wodę. Pół roku temu przyjechałem do Warszawy. Koledzy od razu powiedzieli, że to jedyne miejsce, gdzie mogą w Polsce pracować obcokrajowcy. Towar kupuję od Wietnamczyków. Buty sportowe. Czasem, jak nie mam pieniędzy, mogę wziąć na kredyt. Bóg mi zesłał takiego Wietnamczyka, który daje mi na kredyt. A nie zawsze Wietnamczycy chcą dawać. Nie ufają. Wiesz, niektórzy są bardzo skryci, mało mówią.

Pytam o pozwolenie na pobyt. Znowu odpowiada z kaznodziejskim akcentem: - Kiedy się rodziliśmy, Bóg nie dał nam żadnych papierów. Dlaczego miałbym się tym martwić? Teraz jest mi dobrze. Dziękuję Bogu za bluzę, którą mam, za adidasy, za to, że mogę zarobić, czasem przesłać coś mojej rodzinie. Nie zawsze uda mi się zaoszczędzić, ale czasem coś im poślę. U nas są biedni ludzie. W Polsce też są biedni ludzie. Połowa Polaków nie ma pracy. A dlaczego nie mają pracy? Nie dlatego, że Bóg ich nie kocha. Bóg kocha wszystkich, ale dlatego, że odpowiadają za swoje uczynki. Gdybym ci powiedział, co ja robiłem w swoim życiu - widać, że jednak nie chce. - Odciąłem się od tego. Złożyłem przysięgę Wszechmogącemu, że jak Go zostawię, umrę. I Mu zaufałem. Modlę się, żeby doprowadził mnie do celu: chcę mieć normalny legalny biznes.

Nie znam żadnej mafii

Potężny Ormianin gwiżdże przeciągle. Część sprzedawców - Hindusi, Nigeryjczycy, Ormianie, Czeczeni z ośrodków dla uchodźców - jednym ruchem zsuwa wszystko ze stołu do torby i po 15 sekundach, z torbami na plecach, są już gotowi do biegu. Fałszywy alarm. To nie celnicy. Na widok policjantów z tzw. nieetatowej grupy policyjnej patrolującej stadion od godz. 8 do 14 nie reagują tak nerwowo. Policjanci przyznają, że teraz jest spokojniej niż parę lat temu czy nawet rok temu. Mafia? Nie słyszeli.

Irina też robi zdziwioną minę. - Może ja po prostu nie na tych falach jestem, ale nie znam żadnej mafii. Znam ludzi, którzy handlują rzeczami zabronionymi, jak płyty CD, ale to chyba nie są oszuści czy złodzieje. Kieszonkowcy wiem, że są, ale są wszędzie: w tramwajach, autobusach, w metro. No jasne, że trzeba uważać, ale u mnie tutaj nikt nic nie ukradł.

Ostatnio policjanci zanotowali 23 maja: "Bracia Andrzej i Mariusz N. włamali się do opla astry, z którego skradli torby z towarem o wartości ponad 2200 zł".

17 marca: "Policjanci w okolicy hali Dworca PKS Stadion zatrzymali 5 mężczyzn, którzy naciągają naiwnych podróżnych na grę w trzy kubki. 26-letni Radosław N. w ciągu kilku minut utracił 700 zł".

8 lutego: "Sergheia B. (34 l.) rozpoznała jedna z jego ofiar, która w wyniku rozboju utraciła ponad ćwierć tysiąca dolarów".

Policjanci pokazują notatki z wcześniejszych lat.

23 października 2005: "Dzisiejszej nocy policjanci zatrzymali pracownika ochrony, który żądał wydania pieniędzy od obywatela Wietnamu, przystawiając mu pistolet do skroni".

4 kwietnia 2004: "Zatrzymany Serhiej B. podrabiał i sprzedawał dokumenty dla cudzoziemców".

Marzec 2003: "Zatrzymany obywatel Wietnamu Nguyen K. był sprawcą pchnięcia nożem obywatelki Wietnamu".

18 grudnia 2003: "Zatrzymani Kamil P. i Jacek Z. posiadali telefony komórkowe pochodzące z napadów z bronią w Legionowie".

6 sierpnia 2002: "Zatrzymano dwóch obywateli Wietnamu i zabezpieczono 15 575 par skarpet pochodzących z kradzieży".

Polacy chcą pracy

Pod Centralnym Ośrodkiem Sportu, właścicielem stadionu, kilkuset kupców domaga się, żeby mogli handlować jeszcze co najmniej trzy miesiące po wygaśnięciu umowy 30 czerwca.

Irina wpada spóźniona, bo choć skończyła pracę wcześniej, to była w domu się przebrać - zamiast dżinsów ma modne bryczesy, wzorzyste podkolanówki, żakiecik zamiast bluzy. Włosy rozpuściła. - Przyszłam raczej podtrzymać Polaków. Bo ja tu nie mam żadnych praw. Cały czas agitowałam, miałam nawet na wózku jakieś ogłoszenia. Podtrzymuję Polaków, bo za ten czas mam sporo kolegów. Dużo więcej jak w domu. Zawsze mi pomogą, mogę podejść do nich z każdym problemem, pożyczę każdy pieniądz. Nawet jak wyjadę na zawsze, to będę do nich dzwoniła.

Opalony właściciel kilku stoisk z dolnej korony kiwa z niedowierzaniem głową: - Ale ty dobra jesteś. Trzeba cię na premiera! - śmieje się do Iriny.

- A wybierzesz mnie?

- Jasne! Teraz wspólne Euro mamy, także, kurczę, wybieramy cię od razu!

W tłumie stoi też Lankijczyk Master, Turek Mehmed, kilku Wietnamczyków, Syngalez, Somalijczyk. Van i Dao jeszcze sprzedają na stadionie - kończą pracę około 15, jak dobrze idzie, to i o 17, a tu dopiero 14.

Ludzie krzyczą: - My Po-lacy chce-my pra-cy! Praca dla Polaków! Praca dla Polaków!

- Nie: Polska dla Polaków! - podrzuca mężczyzna wymachujący biało-czerwoną flagą. Parę osób podchwytuje. I wnet zmieniają hasło: - Wiet-nam się bu-du-je, Pol-ska się ruj-nuje! Wiet-nam się bu-duje, Pol-ska się ruj-nuje!

Tydzień później Ministerstwo Sportu obwieszcza, że trzy miesiące dłużej będą mogli zostać tylko polscy kupcy. Poprawia się kilka dni później: tylko ci, którzy handlują legalnie.

* Dziękuję za pomoc Robertowi Krzysztoniowi z Instytutu Paderewskiego i księdzu Edwardowi Osieckiemu z Ośrodka Migranta.
* Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.
* Cytat z Apokalipsy św. Jana za Biblią Tysiąclecia


Najnowsze artykuły na ten temat:
2005-06-08 wsk Milion za kupców z Jarmarku Europa
2005-05-26 wsk Te państwo do dupa jest
2005-05-12 wsk Kupców ze Stadionu podzieliły spory
2005-05-17 wsk Minister dzieli kupców na Stadionie
2005-05-17 wsk Minister ustąpił kupcom
2005-05-12 wsk Instalowanie kupców ze Stadionu Dziesięciolecia
2005-05-12 wsk Gdzie jarmark, gdzie Europa?
2005-05-12 wsk Jarmark Europa będzie na Skrze?
2005-05-11 wsk Radni litują się nad handlarzami ze Stadionu
2005-05-11 wsk Stadion Pięciolecia
2005-05-10 wsk Kupców ze Stadionu ostateczne pożegnanie
2005-05-09 wsk Wciąż nie wiadomo gdzie przenieść kupców ze Stadionu
2005-05-07 wsk Ostatnie takie zakupy
2005-05-02 wsk Bez pomysłu na Jarmark Europa
2005-04-25 wsk Kupcy ze Stadionu chcą na Dworzec Wschodni
2005-04-25 wsk Nie ma szansy na szybki bazar dla handlarzy Stadionu Dziesięciolecia
2005-04-24 wsk W czerwcu koniec handlu na stadionie
2005-04-20 wsk Jarmark Europa na Kozią Górkę?
2005-04-18 wsk A w Warszawie na stadionie żałoba
2005-04-18 wsk Hanna Gronkiewicz-Waltz: Kupcy mają rok na wyprowadzkę ze Stadionu Dziesięciolecia

wsk powrót...